— Babciu! — zawołał z naciskiem, gniotąc jej dłoń z rozpaczliwą siłą.
Pierwszy raz w życiu zląkł się. Położenie wydało mu się straszne. Jego oczy wpiły się w księżnę jak dwa płomienie.
Staruszka milczała, oddychając szybko.
Ordynat zerwał się ze zmarszczonymi brwiami, z dzikim wyrazem twarzy. Zawołał zdławionym głosem:
— Co się tu stało, na Boga?!...
Pan Maciej, przerażony również, nie odpowiedział.
Lecz powtórny okrzyk Waldemara zgniótł krytyczną chwilę. Zbudził się w księżnej potężny żal do samej siebie za zmącenie szczęścia wnuka. Groza w jego oczach zmieszała księżnę. Z serca jej miłość dla niego usunęła wszelkie wahanie.
Była to już walka ostatnia.
Księżna przemogła się.
Wstała i położywszy dłonie na piersiach Waldemara, rzekła, patrząc mu w oczy, ale już z uśmiechem w źrenicach: