Staruszka ze swymi ukłonami i minami robiła wrażenie damy dworu i czuła się bardzo przejęta nową rolą przy narzeczonej ordynata.
Stefcia zjednała sobie jej sympatię, ale Szalisia szepnęła na ucho kamerdynerowi, że panienka nie bardzo widać z jasnych pochodzi, bo nie jest wcale dumna. Andrzej kiwnął głową przecząco i odrzekł z przekonaniem:
— Co tam pani mówi! Zaraz jaśniej zrobiło się w zamku, jak ona przyjechała. Pan ordynat szukał, szukał i znalazł nie żadną hrabiankę, ale za to śliczności.
— Oj, co to, to prawda! — potwierdziła stara ochmistrzyni.
Służba zamkowa była zupełnie zadowolona ze Stefci.
Pan Rudecki nie mniej czuł się zadowolony z Głębowicz, ale był trochę przestraszony. Przyszły zięć przerażał go bogactwem, zamek olśnił. Podobny przepych widywał stary obywatel za granicą jako student, zwiedzając arcyksiążęce pałace, lecz bezpośrednio zetknął się z nim pierwszy raz.
I tu miał zostawić córkę.
Lęk jakiś dziwny przygniatał go.
— Czy to nie będzie złocona klatka, bogata, ale dumna, nie swojska? — myślał chwilami.
Patrząc na córkę, na jej dystynkcję, wdzięk i swobodę, z jaką obracała się wśród tego przepychu, miał pewność, że jest stworzona do wspaniałych ram. Magnateria zamku i magnateria osób nie krępowały jej. Czuła się swobodna tak samo, jak w skromnych ścianach rodzinnego domu. Była nawet rozkoszniejsza, nosiła w sobie jakąś cechę wyłączną, jakby otaczający ją luksus i pyszne Głębowicze słusznie należały się jej wytwornej naturze.