Stefcia w ofierze obok krzyża kładła własne serce, przepełnione wdzięcznością i zdrojem najgorętszych uczuć.
Posyłała do stóp Ukrzyżowanego swe modlitwy i prośby, i wiarę w przyszłość. Gdy Waldemar wszedł, ujrzał ją nie na klęczkach, ale rozmodloną duchowo. Stanął obok i wziął jej ręce. Chwilę patrzyli na siebie. Kolorowe szkła witrażów rzucały na nich tajemnicze cienie. Stefcia przytuliła się do narzeczonego i wskazując oczyma na krzyż, szepnęła:
— On nam błogosławi.
Waldemar usta zanurzył w jej włosach.
— Czy pamiętasz naszą rozmowę w korytarzu z obrazem Magdaleny? Wróżyłaś mi wówczas... trochę smutno. Widzisz, jedyna! Wydarłem światu berło szczęścia i przyniosłem je do swego gniazda. Skończyłem Austerlitzem...
Stefcia drgnęła.
— Co ci jest, jedyna? — spytał Waldemar, niemile tknięty zmianą w jej twarzy.
Wtem spoza murów rozległ się głuchy, basowy pomruk dzwonków kościelnych.
Jakiś przykry dreszcz uderzył w nerwy Waldemara.
— Co ci jest? — powtórzył ciszej.