Hrabia Mortęski błysnął białkami oczu.
— Owszem! Oto za prędko bierze się pan do sprawy, będąc niezupełnie jeszcze obznajmiony. Za prędko... po...
— Po zostaniu prezesem? — podchwycił ironicznie Waldemar. — Więc pan sądzi, że ja przedtem nie interesowałem się sprawami społecznymi i Towarzystwem? Hrabia widocznie ma mnie za nowicjusza?
Tu wtrącił się Ćwilecki.
— Nie, nowicjuszem pana nie można nazwać, choćby z przyczyny, że pan jest organizatorem tej instytucji, pan ją inicjował. Kto zna budownictwo, potrafi rysować plany.
Mortęski skarcił towarzysza ostrym wzrokiem. Rzekł z dumą:
— Inicjator! to za mało! Do apostolstwa powołuje się ludzi starszych, szerzenie idei nie należy do... młodzi... za młodych.
Ordynat zaśmiał się.
— Chciał mnie pan nazwać młodzikiem? Proszę — najlepiej szczerze! Wcale mnie to nie obraża, osobiście nie poczuwam się do tego pod żadnym względem. Mam pojęcia niechłopięce, a że wzbudzam ufność, to dowodzi, że mnie wybrano na prezesa i że przedtem zdołałem skłonić nasze koła do organizacji Towarzystwa.
Hrabia wzburzył się.