— Więc ślub stanowczo w Warszawie?

— Tak, ósmego czerwca. Jutro jadę do stolicy.

— Pan? Po co?

— Kupić brylanty dla Stefci. Chcę, aby miała ode mnie, prócz rodowych klejnotów. A kiedy ślub pani?

— Och, mój!... W lipcu. Ale nasz będzie cichy, w kaplicy w Obronnem. Za to pański pewno błyśnie w Warszawie niepowszednio.

— Stefcia chciała cichego ślubu, ale przekonałem ją. Urządzę najuroczyściej, to jest najwspanialej, bo uroczystość będzie dla nas sama przez się wielka.

— Zapewne! Powinien być przepych, aby odpowiadał szczęściu i podrażnił arystokrację.

— To jest mi najobojętniejsze.

— Zabierze pan swoje konie i ekwipaże92?

— Tak, biorę cztery czwórki i karety.