XXVIII
W Warszawie, w pierwszorzędnym hotelu w restauracji siedział przy stoliku ordynat i Brochwicz. Waldemar nie jadł, tylko pił dużo. Był trochę ponury. Kolacja męczyła go.
— Więc jedziesz jutro? — spytał Brochwicz.
— Myślę dziś nawet.
Brochwicz spojrzał na zegarek.
— Zdążyłbyś, ale to głupstwo, radzę jutro. Załatwiłeś wszystko?
— Najzupełniej.
— Ja także. No to przez jutro się powałęsamy, odwiedzimy znajomych, a wieczorem w drogę. Wszak twój ślub za tydzień?
— Tak, jadę prosto do Głębowicz, wysyłam konie, karety, kwiaty, daję ostatnie polecenia i sam do Ruczajewa.
— Po narzeczoną — dodał Brochwicz. — Ej! szczęśliwyś ty, człowieku! Żenicie się wszyscy en foule99, tylko ja trwam w celibacie.