Brochwicz oglądał ciekawie, kręcił głową, wreszcie rzekł:
— No, ależ wydałeś na to! Zyskała na tobie Warszawa. Nawet nie wiedziałem, że posiada podobne okazy. I oprawa bajeczna! To już pewno twój gust.
— Tak, specjalnie dla mnie robiona.
— Biedna Melania! — westchnął Brochwicz. — Żałuję jej szczerze: ona taka łasa na te kamyczki. Tylko dla niej twoje miałyby za skromny gust. Ona woli obfitość: kilka sznurów na szyję, przepaska do włosów sięgałaby nieba, bransoleta szerokości dłoni, kolce do ramion. O, tak dla Melanii!
— Dostanie od Zanieckiego.
Brochwicz parsknął śmiechem.
— Waldy, czy żartujesz, czy jesteś nieprzytomny? Zaniecki, jeśli kupi klejnoty Melanii, to chyba za pieniądze Barskiego. On u przyszłego teścia nawet na własną wyprawę pożyczy!
Ordynat machnął ręką.
— Prawda! — rzekł obojętnie.
Pochował pudełka, po czym dotknął ręką głowy.