— Jak chcesz! — odrzekł krótko.
Brochwicz namyślał się chwilę, wreszcie podszedł do ordynata i dotknął jego ramienia.
— Waldy... słuchaj... uspokój się! Nie chcę cię pocieszać, bo skoro depeszują dość nagląco, to widać dobrze nie jest. Ale... uspokój się. Dam ci taką radę: ty jedziesz zaraz, niewiele masz już czasu, więc weź z sobą, co najpotrzebniejsze; ja zostanę do jutra i zabiorę resztę, a przede wszystkim brylanty.
Ordynat rzucił się.
— Ach, brylanty! — machnął ręką niecierpliwie.
— No widzisz, ja wiem, że teraz to cię nic nie obchodzi, i dlatego wezmę klejnoty z sobą. Ty zanadto jesteś roztargniony. Ja zawiozę je aż do Głębowicz.
Wszedł lokaj z rachunkiem, dwaj inni zaczęli pakować rzeczy.
W kwadrans potem ordynat jechał na kolej. Brochwicz pozostał sam w hotelu.
Waldemar całą noc przemęczył się z własnymi myślami. Jechał sam w przedziale. Ogarniała go rozpaczliwa niecierpliwość. Zdawało mu się, że pociąg idzie żółwim krokiem. Pędził własną imaginacją naprzód. Widział Stefcię bladą w otoczeniu ciemnozłotych włosów, rozsypanych na poduszce, i aż zęby zaciskał z bólu.
— Co jej się stało?... Co się stało?...