— Miejscowi doktorzy i profesor z Warszawy.

— Kiedy zachorowała?

— We środę wieczorem.

Ordynat spojrzał jak wściekły.

— I mnie dopiero w sobotę zawiadomiliście? Jak można było?! — zawołał wzburzony.

— Telegrafowaliśmy po przyjeżdzie profesora. Pomoc lekarska była natychmiast. Robimy, co w naszej mocy — odrzekł szorstko Rudecki.

— Gdzie ona?

Rudecki zgarbiony posunął się naprzód.

W salonie spotkali doktorów. Ordynat powitał ich gorączkowo i bez słowa poszedł dalej.

W pokoju Stefci, w półmroku, Waldemar obok łóżka ujrzał profesora z Warszawy; trzymał on puls chorej. Przy nim stała pani Rudecka. Szybko zbliżyła się do wchodzących.