Ciężko usunął się na krzesło, rękoma ścisnął skronie.
Pan Rudecki podniósł list, przeczytał.
— Jezus Maria! — jęknął rozpacznie.
Weszła pani Rudecka.
— Co się wam stało? — spytała przerażona.
Mąż wskazał jej listy.
— Zabiliśmy dziecko, zabiliśmy tym! Straszne, straszne!
Matka Stefci przypadła do papierów.
Waldemar zerwał się z krzesła, siny na twarzy. Zęby mu zaszczękały, charczenie wychodziło z jego piersi.
— Wy przez nieuwagę, ale tamci podłością. Czemu ja o tym nie wiedziałem? Te bezczelne kłamstwa kulami bym przypieczętował! Ja bym zdemaskował autorów — zapłaciliby mi krwią!