Łzy błysnęły w jej oczach.

Waldemar tulił ją do siebie.

— Uspokój się, dziecko... ufaj mi... nie wierz im... nie myśl o tym... będzie wszystko dobrze... będziemy oboje bardzo szczęśliwi... bardzo, Stefciu.

Uśmiechnęła się, trąc głowę o jego ramię.

— To dobrze... dobrze.

Przytomność opuściła ją na nowo. Spojrzała błędnie.

— Waldy!... Ja jestem trędowata... Ty nie wiesz... Ja trędowata!... Nieszczęśliwy, strzeż się! — wołała gwałtownie.

Zaczęła majaczyć.

Waldemar wstał, ustępując miejsca profesorowi, który właśnie wszedł.

— Boże! Boże! — jęknął ordynat. — Przed chwilą rozmawiała ze mną przytomnie.