Panna Rita smutnie poruszyła głową.
— I ja to samo mówię. Ona była niesłychanie uczuciowa i bardzo wrażliwa. Dla niej takie słowa to nóż w serce, to zabójstwo! Ile ona przeszła rozterki duchowej, zanim zdecydowała się zostać narzeczoną ordynata. Ona chciała poświęcić własne uczucie najdroższe! Ja wiem wszystko, podziwiałam ją zawsze. I taką istotę zabić, do niej pisać podobne oszczerstwa!...
Panna Rita rozpłakała się. Trestka dotknął jej ręki.
— Pani droga, spokoju! Oszczędzajmy księżnę i pana Macieja.
Wtem przemówił pan Rudecki:
— Wina spada na mnie, żem jej ustrzec nie zdołał od tych wrogich listów. One ją zabiły.
— Panie, proszę nie zmniejszać winy tych, co je pisali — rzekł Brochwicz. — Ordynat pana ostrzegał, bo on zna ogrom złości ludzkiej. I on nie przeczuwał, że anonimy będą tak zjadliwe. Tym spiskiem kierowało parę osób w ścisłym z sobą porozumieniu. Każdy wie, kto jedynie być może zdolny do tego. Tu nie ma dwóch zdań. Autor ostatniego anonimu ubliżył nam, podpisując się: „Jeden za wszystkich”. To kłamstwo, dobrze obmyślana intryga.
Starsza księżna spuściła powieki, usta zacięły się surowym wyrazem. Cichym głosem przemówiła:
— Barscy?... taką niegodziwość! Wstyd! I to karmazyni! Czy to prawda?
— A jednak fakt — podchwycił Trestka. — Ostatni anonim pisał Barski: jego styl, jego wyrażenia. W innych mniej więcej to samo, tylko pismo podrabiane umiejętnie. Cisnąć mu w twarz nie można: za bezczelny, nawet by się nie zarumienił.