— To źle. Czasem list jest pilny. Czy posłaniec czeka?

— Już pojechał. Śpieszył bardzo. Panienka nie kazała czekać na odpowiedź.

— Możesz odejść.

Andrzej ruszył do drzwi.

— Zaczekaj... Która godzina? — zawołał Waldemar, patrząc jednocześnie na zegarek.

— Pół do ósmej.

— Dobrze! Niech natychmiast Brunon zaprzęga siwe ogiery do większej karety na saniach. Jur na koźle. Przygotować dla mnie wszystko na dobę.

Andrzej wypadł z gabinetu. Odczuł w głosie swego pana jakieś tony, które go zastanowiły i zatrwożyły.

— Czy się tam co stało, czy pan ordynat chory? — myślał, biegnąc do kredensu.

Waldemar chodził prędko i rozmyślał: