Nagle zabrzęczały brązy uprzęży, zaskrzypiał śnieg, zaparskały konie i zrównał się z ich saneczkami strojny zaprzęg panny Rity. Stangret wstrzymał rozpędzone konie.
Stefcia ściągnęła lejce kuców z wielką wewnętrzną radością. Pannę Szeliżankę uważała w tej chwili za swą wybawicielkę.
— Jak się macie? Jak się macie? — wołała Rita, wychylona z sanek, podając rękę Stefci i Luci. — Jadę właśnie do Słodkowic. Dobrze, że was spotkałam. Naturalnie wracamy razem, bo ja mam dość spaceru.
— Myślałyśmy, że pani w Głębowiczach.
— Miałam tam być z ciocią, ale przyjechali Franiowie Podhoreccy i oni mnie zastąpią.
— Waldy będzie zmartwiony — rzekła Lucia.
Panna Rita zmarszczyła brwi.
— Obejdzie się! — odparła z irytacją.
Stefcia potrząsnęła lejcami.
— Więc wracamy. Pani nas wyprzedza, bo nasze kuce nie wygrają wyścigu z jej końmi.