Rita umilkła. W ciszy rozlegał się tylko stuk młotków o kule, bo panny grały zawzięcie.
Nadeszła Lucia. Po jakimś czasie Rita, nachylona nad zielonym suknem, rzekła jakby do siebie:
— A ja taki typ znam... jego typ. I jeśli się sprawdzi...
Nie dokończyła. Zaczęły mówić o czym innym. Lucia popatrzyła uważnie na Ritę, potem na Stefcię i wolno, ze zwieszoną główką odeszła znowu do kominka.
Pan Maciej i pani Idalia nocowali w Głębowiczach. Powrócili na drugi dzień rano.
Baronowa, rozbawiona, opowiadała z ożywieniem szczegóły obiadu. Pan Ksawery przytaczał niektóre mowy, kiwał przy tym łysiną, powtarzając:
— Tak, tak, ordynat ma zasługi. O, to dzielny pan, hojny, energiczny! Tylko wczoraj nie był w dobrym usposobieniu.
— A tak, jego humor nawet raził — potwierdziła pani Elzonowska.
Panna Szeliżanka zagryzła wargi i bokiem nieznacznie spojrzała na Stefcię.
Pan Ksawery mówił dalej: