— Ruszaj żywo!
Jur zamknął drzwiczki i prędko wygramolił się na kozioł.
Kareta cicho pomknęła po białej, wyślizganej drodze, janczary dzwoniły raźnie, znacząc sobą ślad odjeżdżającej Stefci.
Ona w kącie karety siedziała cicho, tamując oddech w piersi. Minęli bramę, zawrócili na bok i Stefcia ujrzała pałac, biały, wyniosły, błyszczący w księżycu blaszanym dachem i rzędem oświetlonych okien.
Ostatni raz!
Łzy spłynęły z jej oczu. Nie uważając już na obecność Waldemara, załkała żałośnie.
Waldemar delikatnie wziął jej rękę, bez słowa, tulił ją w swych dłoniach i wolno zdejmował rękawiczkę.
Stefcia szarpnęła się, ale nie wyrwała ręki. Zatrzymał ją mocno.
— Spokojnie... spokojnie... proszę — przemówił miękkim głosem.
— Dlaczego pan ze mną jedzie?... Dlaczego zrobił mi pan taką przykrość! Po co to? — wybuchnęła Stefcia z żalem.