— Przyjadę po ciebie niedługo, mój ty ptaku złoty! — rzekł prawie głośno.
Stał dotąd, aż ciemna plamka pociągu wsiąkła w błękitnawą sadź księżyca, po czym zawrócił.
— A teraz do walki! — zawołał.
W sali bufetowej zatrzymał go ukłonem zawiadowca stacji.
— Bardzo przepraszam pana ordynata, że wcześniej nie złożyłem mego uszanowania. Czy to odjechała panna Rudecka?
Waldemar podał mu rękę.
— Tak, panie, moja narzeczona pojechała do rodziców.
— A-a-a!...
Urzędnik tak się zdziwił, że nie zdobył się już na żadne więcej słowo, zapomniał nawet o obowiązującym powinszowaniu.
Waldemar nie dał mu na to czasu, pożegnał go natychmiast.