Waldemar wzruszył ramionami.
— Więc niech nawet szaleje. Cóż mnie to obchodzi? Tym dowiodłaby, że niewarta zachodu.
Spiął konia ostrogami i pomknął jak wicher przez trawy, niby jakiś potężny ptak pędzący za zdobyczą. Okrążył lasek, chcąc pokazać się Kleczowi i Edmundowi.
Opanowała go wesołość. Był pewny, że przy nim Prątnicki niknie w oczach Stefci, że on robi na niej wrażenie, zatem on posiada tysiące widoków, jakich nie ma tamten.
Minął zakręt lasku i o sto kroków przed sobą ujrzał linijkę. Odwrócił głowę, udając, że nikogo nie widzi, i ostrym kłusem jechał środkiem łąki wprost do robotników.
— O czym oni jeszcze rozprawiają? Chciałbym wiedzieć — szepnął z irytacją. — Może ten osioł rozmyślił się i uważa, że Stefcię warto zachować dla siebie. No, z takim durniem współzawodniczyć nie będę. To by było więcej niż śmieszne.
Zbliżając się do robotników, zwolnił i z żakowską radością patrzał na pędzącą prawie galopem spod lasu linijkę.
— Będą mi się tłumaczyć, że byli z tamtej strony lasu — mruknął ironicznie i cieszył się na myśl, jakie zrobią miny, skoro im powie, że właśnie stamtąd wraca.
IX
Lipcowy wieczór zapadł cichy i senny.