Pan Maciej umilkł, spuścił głowę na piersi. Dziewczyna siedziała zamyślona. Po chwili podniosła na niego oczy i spytała z żalem:
— Dlaczego pan tak smutnie mówi i młode pokolenie przedstawia w tak złych ramach?
— Nie w złych, dziecko, w nowych.
— Więc pełnych nadziei!
— Gdybyż nie były już spaczone...
— Ale dlaczego?... czym? Zresztą nie wszyscy — mówiła, unosząc się, Stefcia.
Pan Maciej spojrzał na nią z dobrym uśmiechem.
— Niewiele jest takich zdrojowych kwiatów jak ty, dziecko, niewiele takich krystalicznych dusz. Jedną taką znałem, ale to już dawno... Może ciebie to razi, co mówię. Ale i ty nie jesteś wolna od goryczy życia, i na ciebie padł cień ogólnej epidemii... analizy... Całość zbadałaś w szczegółach i cierpisz, zawiodłaś się. A to nie kwiat, prawda?... Łodyga, prosta łodyga... i trochę śmiecia. Tu rozbiór przydał się. Gorzej byłoby, gdyby nastąpił poniewczasie. Gdyby tak los sprzyjał wszystkim zawsze w porę, byłoby mniej niedoli na ziemi.
— O czym pan mówi? — szepnęła Stefania z dreszczem trwogi.
Zagadnięty spojrzał na nią badawczo.