— Za pana Edmunda?...
— Nie za Edmunda, tylko że ty jesteś przesiąknięta podobnymi zasadami.
— To Głębowicze tak na mnie wpłynęły. Szczęśliwy Waldy!...
Z głębi alei dało się słyszeć wołanie.
— Mama mnie woła. Biegnę! — krzyknęła dziewczynka i pędem wpadła w mroczną głąb.
Stefcia poszła w stronę zamku. Całe towarzystwo znajdowało się w parku, ale ona chciała pozostać sama. Idąc pomiędzy krzewami róż, wchłaniała śliczny zapach, z rozkoszą zatapiając głowę w masie aksamitnych kwiatów. Czuła się upojona barwami i wonią. Rozdrażnienie po rozmowie z Lucią zastąpiła teraz ociężałość prawie senna. Gmach zamkowy przytłaczał ją; ogromne mury, wieżyce i baszta z rozwianą chorągwią robiły na niej wrażenie ciężaru, który ją gniótł. Doznała niemal fizycznej potrzeby stracenia z oczu wyniosłych ścian. Postanowiła wejść do środka, przekonana, że nie zastanie tam nikogo.
Szybko przebiegła tarasy, werandę i zaraz w pierwszym salonie spotkała starego kamerdynera. Powitał ją ukłonem. Stefcia spytała go, którędy iść do gościnnych pokoi.
Stary sługa wskazał ręką rząd salonów i rzekł z uszanowaniem:
— Na lewym skrzydle, drugie piętro. Może hrabianka każe się zaprowadzić?
Spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczyma.