Lucia zawołała, że czas na obiad. Zwrócili się w stronę powrotną. Gdy zrównali się z końmi, Waldemar zaproponował przejażdżkę. Usadowił Stefcię i Lucię na przednim siedzeniu, sam stanął za nimi, stangreta odsyłając piechotą do Słodkowic.
— Niech pani powozi — rzekł i oddał lejce Stefci.
Dziewczyna rozbawiła się, ranne smutki pierzchły. Ze śmiechem zgarnęła lejce karej czwórki i ruszyła kłusem. On stał pochylony nad nią, drażnił konie trzaskaniem z bata, dawał jej wskazówki, napawał się jej bliskością, pochłaniał oczyma jej włosy. Niby poprawiając lejce, skierował konie na inną drogę, mijając Słodkowce. Stefcia spostrzegła to.
— Jedziemy w inną stronę! — zawołała.
— To właśnie dobrze. Po co się mamy spieszyć?
— Ale ja głodna jestem — żaliła się Lucia. — Z obiadem czekają!
Stefcia, nic nie mówiąc, skręciła lejce. Rozhukana czwórka zawróciła na miejscu i zaczęła się plątać.
— Co pani robi! — krzyknął Waldemar, chwytając lejce.
Szarpnął i zrównał konie, lecz w tej samej chwili orczyk247 uderzył dyszlową klacz w nogę. Rzuciła się gwałtownie i cała czwórka zaczęła ponosić.
— Cicho, Luciu! — wołała Stefcia, bo dziewczynka płakała głośno.