Klecz zmieszał się.
— Tak, właściwie. Ależ ja mogę odpowiadać za to, że je daję.
Michorowski przesunął ręką po czole i rzekł z akcentem:
— Proszę pana, czy mej ciotce wszystko jedno, jakimi końmi jedzie?
Klecz zmieszał się mocniej.
— Nie, pani baronowa zawsze sama dysponuje i rozmaicie: czasem kare, czasem kasztany.
— A więc musi pozostać tak, jak jest.
Klecz zrozumiał, że niezręcznie poruszył tę sprawę i że powinien już odejść. Spojrzał na ordynata: widok jego zsuniętych brwi i wydętych ust dotknął rządcę niemile. Oczów ordynata nie widział, gdyż były spuszczone na papiery, ale domyślał się, że wyraz ich nie jest zachęcający.
Klecz zawsze podziwiał grzeczność tego magnata względem podwładnych. Lecz wiedział, że zmarszczenie brwi, charakterystyczne wydęcie ust i wielkopańskie zaniedbanie w całej postaci nie jest u niego oznaką zbyt dobrego humoru. Rzekł z ukłonem:
— Przepraszam, że się ośmieliłem.