Michorowski podszedł do stołu, strzepnął popiół z cygara i wypił znowu kielich szampana.

— Ostrygi wyborne! Nie skosztuje pan? — spytał Zaniecki.

— Dziękuję!

— Waldy, zjedz homara... Mówię ci, zjedz homara! — nalegał Brochwicz.

— Ja polecam ostryżki — mówił pan Świrko, stary kawaler i pieczeniarz293.

Włóczył się za arystokracją i nigdy nie opuszczał sposobności, aby się dobrze najeść i napić.

— Ja polecam ostryżki — mówił schylony nad talerzem — tłuściutkie, smaczne, milutkie, prawdziwe pieszczoszki. Niech pan ordynat raczy spróbować jedną... o tę, tę figlarkę. Jaka apetyczna, co? Po niej przyjdzie ochota na wszystkie.

— A dajcież mi pokój z ostrygami! — odrzekł niecierpliwie Waldemar.

— Jemu się coś stało! On skapcaniał! — wołał podchmielony Brochwicz.

Książę Zaniecki, który nie pił za dużo wina, ale za to mocno niepokoił się synem i jego rozmarzonymi oczyma, podszedł do spacerującego Waldemara.