Rudecki chwycił ją w ramiona.
— Dziecko moje! kochane, dobre... ja żartowałem. Zostaniesz na miejscu... Nie można zrywać umowy, masz słuszność, daliśmy słowo. Chciałem tylko zobaczyć, czy...
Zająknął się.
— Czy kochasz nas zawsze?
— Ojczusiu! Tyś wątpił? — krzyknęła z oczyma pełnymi łez.
Ale w jej wykrzykniku brzmiało już trochę tryumfalnej nuty.
Zaczęła ojca z pieszczotą ściskać za szyję, całować w twarz, w oczy, tulić się do niego z widoczną wdzięcznością, nie umiejąc ukryć rozradowania. Poczuła żal do ojca, że go wywołał. Serce jej zabiło obawą, że mu sprawiła wielką przykrość, serdecznością chciała zagłuszyć niemiłą chwilę. Ale pan Rudecki, jakkolwiek odgadł wiele, udawał, że nie widział nic.
Po długich rozczuleniach Stefcia wpadła w doskonały humor, dokazując po dawnemu. Opowiedziała kilka wesołych zdarzeń z teraźniejszego życia, mówiła o wycieczce do Głębowicz, o dowcipach Trestki, śmiała się, żartowała, aż i pan Rudecki rozruszał się. Ale patrząc na nią, gdy mówiła o arystokracji, myślał w duszy z niepokojem:
— Zasmakowała w nich, ten świat ją porywa... Dziwni ludzie, że umieją tak wpływać... Czy ludzie, czy jeden człowiek?...