— Zobaczysz!... Błękitne niebo Italii, Corso306 rzymskie, ba! nawet ogrody Florencji, Ateny, Korfu... — deklamował Brochwicz.

— Co ty pleciesz?...

Brochwicz znikł. Waldemar zdziwiony poszedł dalej. W jakimś gabinecie przysunęła się do niego z wyciągniętym nagim ramieniem wysoka szatynka.

Spojrzał badawczo i drgnął.

— Wera?!

— Tak, to ja. Pan mnie poznał?

— Co pani tu robi?...

— Jestem przejazdem z mężem. Wstąpiłam na raut do hrabiego. Jedziemy do Petersburga.

Waldemar patrzał na nią z niechęcią i ciekawością. Lekka łuna przemknęła mu przez twarz.

Margrabina schwyciła go za rękę, piwne powłóczyste źrenice, zmysłowe i gorące, przysunęła do jego oczu. Z wąskich ust wypadły namiętne słowa: