— Zaczynają się zjeżdżać, trzeba iść na stanowisko — pomyślał pan Rudecki. Lecz spojrzał jeszcze na dół. Weszło dwóch panów; rozmawiali ze sobą głośno, pozbywając się palt z pomocą służących.
— Czy te wycia nie skończone? — rzekł jeden z nich, młody, cienki i łysy już.
Lokaj zgiął się w ukłonie z przymilającym się służbowym uśmiechem.
— A nie jeszcze, proszę jaśnie wielmożnego hrabiego, choć to już czas...
— Nie do ciebie mówię, fagasie311 — syknął jaśnie wielmożny.
Lokaj znowu ukłonił się.
— Arystokracja! — szepnął do siebie pan Rudecki.
Dwaj panowie stali przed lustrem, sprawdzając fryzjerską robotę na głowie, sztywną białość wielkich plastronów312 bielizny i znudzono-kapryśny wyraz zwiędłych ust, po czym wolno, miarowym krokiem wchodzili na schody i przymrużając oczy, spoglądali z góry na stojącego obywatela.
— To ktoś z koncertowej tłuszczy — rzekł do towarzysza łysy hrabia.
Pan Rudecki słów tych nie słyszał, zobaczył natomiast coś lepszego. Lokaj, który dotąd stał w postawie wyczekującej, gdy panowie znikli za drzwiami, zwrócił się gwałtownie w ich stronę i pokazał język... ale panu Rudeckiemu. Spostrzegłszy omyłkę, spiesznie się cofnął do kontramarkarni, zupełnie skonfundowany.