— Czy pan zna osobiście ordynata? — spytał.
— Osobiście, panie. Ale poznałem go już na wystawie, bo mam tu swoje torfy, dreny i rozmaite plany. Ja jestem inżynier, panie. A że ordynat jest członkiem komitetu, czynnym przy organizacji, więc miałem sposobność rozmawiać z nim przy lokowaniu swoich artykułów. On ma na wystawie ogromną stajnię. Dziesięć klaczy różnych ras, ze wszystkich majątków, i tego pięknego ogiera, panie, araba czystej krwi, na którym tak dzielnie jeździł na wyścigu hipicznym, pewno pan widział? Ma także swoje zboża, psy myśliwskie i jeszcze tam coś w dziale myślistwa.
— Za konie dostał złoty medal.
— Bo też ma śliczne.
— I psiarnia dostała dobrą nagrodę. On widać ogromnie kulturalnie gospodaruje.
— I rozumnie, co dziwniejsze, że taki młody człowiek. Ja przecie znam dobra głębowickie już za jego własnej administracji. Przedtem hulał, panie, po świecie jak nabab314, błyszczał za granicą. Teraz jakoś woli siedzieć w kraju, ale o żeniaczce nie słychać, choć mu hrabiankę Barską swatają na gwałt.
Pan Rudecki zamyślił się.
Salę uporządkowano. Ogrodnicy ustawiali kwitnące wazony roślin. Posadzka odświeżona błyszczała jak szyba.
Nagle z buduaru wyszła Stefcia z Lucią i chwyciwszy się za ręce, przebiegły wzdłuż sali. Za nimi ukazały się dwie panienki w wieku Luci, wątłe i drobne jak laleczki, w białych sukniach, uczesane w secesję315. Były to księżniczki Podhoreckie, wnuczki księżnej z Obronnego. Wszystkie zaczęły wirować po sali. Wesołe śmiechy odbijały się srebrnym dźwiękiem o freski ścian i sufitu. Wśród cieplarnianych kwiatów i drzew panienki fruwały niby jasne motyle. Stefcia, najwyższa i najsmuklejsza, wodziła rej. Obie księżniczki kręciły się z rozradowaniem nowicjuszek, pociągając i Lucię, nieco poważniejszą. Nie zwracały najmniejszej uwagi na galerię ani na służbę, która się grzecznie cofnęła. Na korytarz wszedł Waldemar, rzucił oczyma na salę i wpadł w rozbawione koło dziewczęce.
— Waldy! Waldy! — krzyknęły księżniczki.