Panią Idalię uraził ton tych słów. Nie lubiła czynionych sobie uwag. Spojrzała z góry na hrabiego i odrzekła sucho:

— Skandalu nie widzę, gdyż w sali jest wiele panien podrzędniejszych od Rudeckiej. Ta zaś, skoro jest dame de compagnie mojej córki, ma prawo do pewnych względów.

Barski podniósł dumnie głowę.

— Tak, ze strony baronowej i jej córki, nie przeczę. Ale ja tu widzę dokoła panny Rudeckiej hołdy młodzieży naszej. To już zbyteczne.

— To kwestia jej urody i powodzenia — odcięła się pani Idalia.

— Idalko — przemówiła pani Ćwilecka — nie broń jej. Hrabia ma słuszność: ta dziewczyna zaćmiewa sobą nasze panny. Był to największy nierozsądek z twej strony brać ją na bal.

Pani Elzonowska rozgniewała się.

— Zostawić jej w hotelu przecież nie mogłam. Z trochę dziwnymi państwo występujecie pretensjami.

— W ogóle popełniłaś nieostrożność, biorąc ją do Słodkowic — mówiła zirytowana hrabina. — Ona jest zbyt piękna tam, gdzie przebywa ordynat.

Barski zadrżał niespokojnie i złym wzrokiem przeszył hrabinę.