Kilka osób stanęło. Oglądano się na nich.

— Co to znaczy! Co pan znowu? — wrzasnął, zrywając się, jegomość.

Waldemar stał jak posąg z lodu.

— To, panie, że ja mam tu pewne prawa i na ich zasadzie nie pozwalam w miejscu publicznym, gdzie są kobiety, urządzać knajpy — mówił dobitnie.

Przerażony urzędnik ściągał już ubranie z ramion towarzysza.

— Panie, to ordynat Michorowski — szepnął do ucha zaperzonego jegomościa jakiś przechodzący pan.

Tłuścioch zmitygował się od razu.

— Ale mnie kawy nie dają — rzekł znacznie grzeczniej.

— Niech się pan upomina, lecz ciszej, proszę! — rzekł Waldemar i odszedł do swego stolika.

Rozejrzał się bystro po werandzie... Nadbiegł wezwany przez kogoś chłopak. Ordynat zmierzył go ostrym spojrzeniem.