— Daruje hrabia, ale ja nie pojmuję całej naszej rozmowy.
Waldemar był wzburzony i nie ukrywał tego, nie bacząc na nic.
— A jednak ja wciąż dążę do tego, aby pana przekonać.
— Nie, hrabio, to na nic. Proszę się nie trudzić!
Barski mówił dalej, jakby nie słysząc:
— Nasz stygmat nie leży w tej samej koronie, lecz i w tradycji. To, co świat cały nazywa arystokracją, wymaga u nas pewnej baczności, nawet pieczołowitości. Nie wolno nam zapominać o tym! Nie wolno wprowadzać obcych pierwiastków w nasze zgromadzenie, aby nie wywołać gangreny, paraliżującej nasze poglądy, najświętsze dążenia. Ferment taki byłby katastrofą naszych idei: nie wolno nam zapominać o tym!
Hrabia podniósł wskazujący palec do wysokości swej twarzy i wpijając w Waldemara oczy jak sztylety, powtórzył dobitnie:
— Nie wolno!
— Patetyczny głupiec! — pomyślał Waldemar. — Gangreny... paraliże... fermenty?... Co to ma za związek z panną Rudecką? — wybuchnął głośno.
— O, ma! I wielki. Ona jest właśnie pierwiastkiem...