— Bo może się pan o to nie starał?
— O szczęście starać się trudno, to przychodzi samo, a chęć znalezienia szansy jest dość bladym celem.
Hrabianka przez chwilę milczała, po czym zaczęła mówić ciszej, jakby do siebie:
— Chciałabym być mężczyzną. Mężczyźni mogą wypowiadać to, co czują, iść za popędem serca. Nam tego nie wolno.
Głos jej dźwięczał tęsknie, oczy wzniosła w gwiaździste niebo. Były pełne iskier, gorzały niecierpliwością, ubraną w szatę melancholii.
Waldemar patrzał na nią z ukosa. Uderzyła go jej uroda, istotnie przepyszna.
— Szkoda, że Zanieckiego tu nie ma — monologował w myśli. — Miałaby go u nóg, bo zewnętrznie... warta zachwytu. Ja, profan, zawsze wolę rękę niż rękawiczkę, zwłaszcza w sytuacji, o jakiej ona marzy... Ej, gdyby tak dawniej!...
Waldemar spod rzęs rzucił na hrabiankę łobuzerskie spojrzenie.
— Pani mówi, że kobiety są skrępowane w wyrażaniu swych uczuć? Ja tego nie znajduję.
— Cóż pan chciał, żeby się same oświadczały?