— Już drugi raz przestraszyłem, panią w Głębowiczach — szepnął niskim, cichym głosem. — Panno Stefanio, co pani?...
— Nic... nic... niech mnie pan puści, proszę pana.
— Dlaczego się pani mnie boi? czemu unika?
Spojrzała na niego. Szare oczy gorzały mu ciemnym ogniem, wydawały się prawie czarne. Brwi zbiegły się na czole. W całej twarzy młodego magnata, w drżeniu ust, w nerwowym poruszaniu się nozdrzy przebijała wielka namiętność i gwałtowność, lecz zarazem jakby tkliwość. Stefcia widziała go już takim w sali portretowej... Szarpnęła się mocniej.
— Niech mnie pan puści — zawołała zdławionym głosem.
On ją przyciągnął ku sobie, ręce ściskał kurczowo. Stefcia czuła, że słabnie. Zbyt potężne siły złożyły się na odurzenie jej podnieconych zmysłów. On ją pożerał oczyma, przyciągał ku sobie i szeptał:
— Pani się mnie boi?
— Ależ nie... tylko...
— Myślałaś o mnie! Ja wiem. Nie wyrywaj się na próżno. Jesteś w mej mocy... Prócz nas dwojga nie ma więcej nikogo w zamku. Zostań!
— Proszę mnie puścić — krzyknęła Stefcia rozpaczliwie.