— No, nie wszyscy. Pan na przykład...
— Ja? Morduję nie w ten, to w inny sposób. Ale uchylam czoła przed instynktami pani.
Przegalopowała obok nich panna Barska, rozogniona, z rozwianymi włosami, istna królewna burzy. Za nią pędził Zaniecki.
— Halali! — hop! hop! — krzyczała hrabianka, nie widząc Stefci i ordynata. Oczy miała utkwione w charty pędzące przed koniem. Już dosięgały zająca.
Waldemar popatrzał za nią z uśmieszkiem.
— W swym żywiole — rzekł z lekką ironią.
Stefcia nic nie odpowiedziała, klepiąc wygiętą szyję Erato. W milczeniu odjechali dalej, a gdy konie ich rozniosły, nie zawrócili już, tylko oczy obojga goniły za sobą.
W parę dni potem po rannej obławie na wilki, w której brały udział panie, zamek głębowicki zalegała głucha cisza. Polowanie odbyło się o wschodzie słońca, o dwunastej powrót, a po krótkim śniadaniu każdy zamknął się u siebie dla wypoczynku. Słońce oświecało pusty park, tarasy i uliczki wśród kwiatów, jakby zdziwione ciszą niebywałą od dawna.
Ordynat nie spał. Odbył długą naradę z łowczym i koniuszym, wydał nowe polecenia, odwiedził stajnię, fabrykę i powróciwszy do zamku, wałęsał się po nim trochę znudzony.
— Dobre są obławy ranne, ale nudne te sjesty — pomyślał.