Podniosła ramiona, jak ptak skrzydła do odlotu.

— Uciekam, już pewno wszyscy wstali.

— Szkoda, tak nam było dobrze razem. Zabiera pani list?

— Zmienię adres. Już bym go teraz wysłać takiego nie mogła.

Waldemar skinął jej ręką.

— Z pani mam prawdziwą pociechę. Dobre i... śliczne „dzidzi”.

— Już pan zaczyna?

— No, już nie! Do widzenia! Oto żądany dziennik. Zaraz obiad.

— Długo siedzieliśmy — rzekła Stefcia już w progu.

— Żałuje pani tych chwil?