— Niech pan tak nie mówi. To byłaby nikczemność, do jakiej ordynat zdolny nie jest. Panna Rudecka stoi towarzysko bardzo dobrze, w Słodkowcach ma swoje fory, z czym ordynat musi się liczyć.
— Och, panie, to nie są skrupuły dla ordynata. Jego przeszłość dowodzi, że się lubował tylko w wytwornych i wyszukiwał je w wysokich sferach. Nieszlifowanych diamentów nie oceniał nigdy; to esteta! Ale bywały zawilsze sytuacje i zawsze potrafił wybrnąć zwycięsko. Nie zawahałby się i tu, lecz... tu jest coś innego... coś, co pachnie sakramentem. Panna Rudecka nie tylko rozpłomienia ordynata, lecz włazi mu do mózgu.
— I wszyscy to rozumieją — dodał Ostrożęcki — nawet służba. To nie jest przelotna słabostka. Kwestia tylko, czy ordynat potrafi wytrwać do końca i czy zdoła złamać przeszkody, jakie będzie stawiała jego zamiarom sfera, do której należy.
Rozległ się głuchy turkot kół i tupot koni przed podjazdem zamkowym.
— Odjeżdżają. Chodźmy tam — rzekł hrabia praktykant.
Poszli spiesznie.
Stefcia stała w głównej sieni zamkowej przy schodach, już w płaszczyku i w kapeluszu. Zapinała rękawiczki, bawiąc się z Pandurem. Lucia biegła po schodach, wołając matki.
Z bocznego korytarza wyszedł Waldemar, stanął obok Stefci i wręczając jej bukiet, rzekł z powodu obecności służby po angielsku:
— Niech te kwiaty przypominają pani Głębowicze i pachną tam w jej pokoiku.
Stefcia spłonęła. Patrząc serdecznie na niego, odpowiedziała: