— Straszne! Straszne!
Stefcię, wnuczkę tamtej, los zaprowadził w te same progi, rzucił prawie w te same warunki. Ona tego człowieka pokochała jak ojca...
Los nie tylko się na tym ograniczył, złe fatum poszło dalej. W tych samych progach jest znowu młody ordynat, noszący to samo nazwisko, i jest równie świetny.
Powtórzenie przeszłości.
Straszna ironia losu!
Stefcia zerwała się z klęczek; rozpaloną twarz przyciskając rękoma, przebiegła kilka razy pokój.
— Muszę to przerwać, muszę skończyć, choćby mi serce miało pęknąć — szeptała w gorączce. — A teraz czytać, czytać!
Oparła głowę na dłoniach, wpiła się palcami w skronie i czytała z bolesną chciwością.
Stefcia Korwiczówna opisywała krótko swe życie, rodzinę, warunki, wśród których wzrastała, wreszcie następował rozdział zatytułowany Królewicz z bajki.
Stefcia Rudecka czytała: