— I tu to samo — szepnął, osuwając się na kanapkę.
Patrzał na tragiczne oczy, z których wiała rozpacz, na zgnębiony wyraz całej postaci. Smutek wyłaniał się z każdego szczegółu, nawet, zda się, z fałd ciężkiej sukni. Waldemar siedział pogrążony w zamyśleniu. Nagle powstał, rzucił dokoła ironiczne spojrzenie i zawołał głośno tonem pełnym goryczy:
— Mają tytuły, stanowiska, parantele, miliony, ale gdzież szczęście? Nie widzę tego.
Roześmiał się gorzko i wzruszywszy ramionami, rzekł ciszej:
— Nie znam szczęścia w historii naszej.
Portret Gabrieli Michorowskiej, naturalnej wielkości, umieszczony blisko drzwi, po obu stronach miał ciężkie aksamitne opony, zwieszające się od sufitu. Waldemar podniósł jedną z lewej strony. Ujrzał puste miejsce na ścianie, wyłożonej dębem. Nie zapuszczając aksamitu, spojrzał na drugą stonę portretu i pomyślał:
— Tam miejsce dla dziadka Macieja, a tu?...
Gładka, błyszcząca słojami dębu ściana wydała mu się zagadką, lecz nie pojmował, dlaczego przejmuje go lekkie jak cień uczucie trwogi. Dziwny niepokój wiał z tej pustej ściany, wciskał się do duszy.
Ordynat zadrżał.
— Co to jest? — spytał sam siebie, marszcząc brwi.