Była na ostatnich stopniach, kiedy wszedł Waldemar.
Twarz mu zajaśniała, prędko zdjął czapkę i ściągnął rękawiczkę.
Podała mu rękę.
On bez słowa przycisnął ją do ust, przy czym spojrzał na zmienioną twarz Stefci i brwi zbiegły mu się na czole.
Ona znikła w przyległych drzwiach. Wpadła do swego pokoju i cisnąc w dłoniach rozpalone skronie, zawołała z wybuchem płaczu:
— Boże, Boże, ratuj mnie!...
Ogarnęła ją gorączka, działo się z nią coś niezwykłego. Na kanapce pod oknem, wtulona w kącik, siedziała, płacząc i rozmyślając na przemiany, rada, że Lucię zatrzymała matka i że mogła być zupełnie sama.
Obudziło ją pukanie do drzwi.
— Kto tam?
— Ja, Jacenty.