— Więc w domu zamiar powstał, w Ruczajewie?
Silniej przycisnął jej rękę.
— Domyślałem się, że wypadki ostatnie źle na panią wpłyną, ale... czy pani sądziła, że ja pozwolę na jej wyjazd?... na taki wyjazd?...
Stefcia osłupiała. Odrzekła drżącym głosem:
— Wzbronić mogłaby mi pani Elzonowska, pan... nie.
Waldemar zwolnił kroku.
— Ciotka? Zapewne z innych względów. Ale ja panią kocham... i wyjechać stąd może pani tylko... moją narzeczoną.
Powiedział to z energią, w sposób trochę nerwowy.
Stefcia zmartwiała. Płomień gorący ogarnął jej mózg. Ukwiecone kamelie zaczęły jej wirować w oczach. Rękę przesunęła po skroni.
— Jak to... pan... mnie?