Lecz w tej samej chwili błyskawicą stanęła w oczach Stefci biała postać jej babki w objęciach ułana, w ogrodzie śniażewskim, przed laty. Rozpaczliwa siła oderwała ją od piersi Waldemara, zanim zdążyła złożyć na niej głowę zwichrzoną szczęściem, bezmiarem radości.
Wyrwała mu się, cofnęła gwałtownie, przerażona, oślepła z nagłej trwogi. Wysunęła naprzód ramiona, jakby się broniąc przed nim.
Waldemar, zdumiony, znowu chwycił jej ręce i ścisnął jak w kajdanach.
— Co tobie?
— Ja pana... nie kocham... nie kochałam nigdy... Nie! Nie! — krzyknęła Stefcia głuchym, zmienionym głosem.
— Co tobie?... Uspokój się!... Co mówisz?...
— Nie kocham pana!... Nie chcę!...
— To kłamstwo! — wybuchnął Waldemar. — Kochasz mnie i będziesz moja!
— Nigdy! nigdy!...
Drżała wzburzona bez granic, piersi jej gwałtownie falowały, oczy ciskały iskry.