Było w niej tyle szczerości, taka wyraźna prośba widniała w jej oczach, że pan Maciej i pani Elzonowska aż się zdziwili.
Ale Waldemar najspokojniej, lecz stanowczo podał jej ramię.
— Proszę panią prędzej, bo się spóźnimy.
— Niech pan zostanie!... Błagam pana!... Ja... Nie chcę, aby pan jechał!
— Niechże pani nie robi sceny, służba patrzy — rzekł podrażniony.
Stefcia rzuciła dokoła rozpaczliwym wzrokiem. Jechać z nim razem wydało jej się straszne.
Pan Maciej dostrzegł jej niepokój. Wyciągnął do niej rękę.
— Nie upieraj się, Steniu... Owszem, niech cię Waldy odprowadzi, będzie bezpieczniej.
Staruszek w razach koniecznych umiał być dyplomatą.
Jeszcze trochę przykrych pożegnań, spazmatycznego płaczu Luci — i Waldemar wyprowadził Stefcię na ganek. Tam żegnał ją stangret Benedykt i stajenni. Stary ogrodnik z żalem kiwał głową, ocierając siwe wąsy.