Stefcia drżała febrycznie. Waldemar ściskał jej ręce.
— Do widzenia, ukochanie moje! Spodziewaj się mnie w Ruczajewie i ufaj! Zrobię wszystko dla naszego szczęścia. Jesteś dla mnie jedyną!
Rozległ się trzeci dzwonek. Stefcia krzyknęła głucho.
Waldemar porwał ją w ramiona i gorąco ucałował jej spłakane oczy. Brwi miał ściągnięte i wielkie poruszenie w twarzy. Usta mu drżały.
— Do widzenia, najmilsza, do widzenia!
Stefcia wyrwała mu się z objęć. Do przedziału weszła jakaś starsza i dystyngowana kobieta. Waldemar obrzucił bystrym spojrzeniem sympatyczną twarz przybyłej. Znał ją z widzenia, była to obywatelka z okolic Obronnego. Skłonił się z wytworną grzecznością.
— Opiece szanownej pani polecam moją narzeczoną. Jestem ordynat Michorowski.
Zdziwiła się mocno, ale natychmiast z uśmiechem podała mu rękę, mówiąc swe nazwisko.
— Niech pan będzie spokojny. Jedziemy z panią w jedną drogę, zaopiekuję się nią aż do mej stacji.
Waldemar podziękował, uścisnął rękę Stefci i wybiegł z wagonu.