— A-a-a!...
Urzędnik tak się zdziwił, że nie zdobył się już na żadne więcej słowo, zapomniał nawet o obowiązującym powinszowaniu.
Waldemar nie dał mu na to czasu, pożegnał go natychmiast.
Strzelec Jur, przechodząc obok, usłyszał zdumiewającą wieść i również osłupiał.
— Podawać karetę! — rzekł do niego Waldemar.
— Czy do Słodkowic, jaśnie panie? — spytał Jur, stojąc przy drzwiczkach.
— Do Głębowicz.
Pojechali.
Waldemar zdjął czapkę i rozpiął futro.
Nozdrzami wchłaniał delikatny zapach perfum Stefci, pozostały w karecie.