— Przywiozłem ci moją Stefcię, droga babciu — rzekł miękko, całując jej ręce.
Księżna milczała jak ogłuszona, bez ruchu, groźna, blada.
Waldemar spojrzał na nią zdumiony. Przeszył ją wzrokiem.
— Babciu! — zawołał z naciskiem, gniotąc jej dłoń z rozpaczliwą siłą.
Pierwszy raz w życiu zląkł się. Położenie wydało mu się straszne. Jego oczy wpiły się w księżnę jak dwa płomienie.
Staruszka milczała, oddychając szybko.
Ordynat zerwał się ze zmarszczonymi brwiami, z dzikim wyrazem twarzy. Zawołał zdławionym głosem:
— Co się tu stało, na Boga?!...
Pan Maciej, przerażony również, nie odpowiedział.
Lecz powtórny okrzyk Waldemara zgniótł krytyczną chwilę. Zbudził się w księżnej potężny żal do samej siebie za zmącenie szczęścia wnuka. Groza w jego oczach zmieszała księżnę. Z serca jej miłość dla niego usunęła wszelkie wahanie.