Waldemar zauważył jej stan i odczuł powód. Pochylił się do niej, mówiąc serdecznie:
— Wiozę cię do siebie już moją — nareszcie!
Musnął ustami jej skronie, na wpół przykryte futrzaną czapeczką.
Stefcia drgnęła. Jego słowa i pocałunek podnieciły ją.
Ordynat strzelił z bata. Wymijał wszystkie sanie, salutując jadących. Z boku zajeżdżał go Brochwicz w pojedynczych, jak cacko, saneczkach.
— Widziałem, ale jestem dyskretny! — krzyknął wesoło.
Stefcia zapłonęła rumieńcem.
— Odpłacę ci kiedyś tym samym! — zawołał Waldemar i pomknął naprzód.
Z nozdrzy jego koni buchały ogromne kłęby pary, wiatr szumiał w uszach.
Na baszcie zamkowej nagle, w ich oczach, rozwinęła się wielka błękitna chorągiew z herbem Michorowskich. Załopotała jakoś tryumfalnie. Widocznie zamek czuwał i dojrzał jadącego pana. Wiedział nawet, z kim jedzie, bo z baszty uderzył w powietrze huczny odgłos trąb.