Wtem spoza murów rozległ się głuchy, basowy pomruk dzwonków kościelnych.

Jakiś przykry dreszcz uderzył w nerwy Waldemara.

— Co ci jest? — powtórzył ciszej.

— Nic, nic! Zmówmy Anioł Pański432.

XXI

— Pokażę ci coś, czego jeszcze nie widziałaś — rzekła starsza księżna z tajemniczą miną, biorąc Stefcię za rękę.

Dziewczyna zdziwiła się, gdy weszły do obszernej, sklepionej komnaty, której dotąd nie znała. Stały tam dwa staroświeckie łoża ze stopniami, palisandrowe, bogato okuwane brązem. Osłaniały je kotary ze złotogłowiu, w kształcie baldachimu, spięte u góry herbem Michorowskich i mitrą książęcą. Cała komnata w kolorze ciemnoczerwonym ze złotem prawie nie posiadała więcej sprzętów, zaledwo parę koniecznych. Wielka, niezmiernie bogata ampla z pąsowego kryształu, oprawna w obfite brązy, dopełniała wrażenia dziwnego majestatu. Stąpało się cicho po miękkim jak puch dywanie. Ciężkie zasłony w oknach z karmazynowego aksamitu, na które rzucono kremowe koronki, utrzymywały półmrok i surowość, główną cechę tej komnaty wyniosłej, dumnej w swej powadze, jak stare portrety lub manuskrypty na pergaminach.

Księżna weszła ze Stefcią, stanęła na środku i ściskając rękę dziewczyny, rzekła półszeptem:

— Jesteśmy w sypialni zamkowej. Tu porodzili się wszyscy Michorowscy i twój narzeczony, dzisiejszy ordynat.

Stefcię przebiegł lekki dreszcz.