Głos mu zadrgał chrapliwie, ramiona cisnęły ją z konwulsyjną mocą.
Stefcia zadygotała. Jego szał przeraził ją. Czuła, że omdlewa w jego uścisku i w tej czarności pokoju.
— Waldy... mój... tyś dobry — szepnęła z błaganiem, to jedno znajdując na swą obronę.
Uderzony dźwiękiem jej słów, Waldemar puścił ją natychmiast i rozjaśnił pokój.
Stefcia wyprostowała się, ręce podniosła do głowy, poprawiając włosy. Rzęsy miała spuszczone i krwiste rumieńce.
Ordynat położył dłoń na jej ramieniu. Rzekł z uczuciem:
— Rozbroiłaś mnie, mój ty cudzie jedyny!... Daj mi usta na dowód, że mi wierzysz...
Cichym ruchem z ufnością i promieniem w oczach, błyszczących jak pasemko słońca, przysunęła do niego uśmiechniętą twarz. Gorąca pieszczota ust, choć krótka, upoiła ich. Ocknęli się i wyszli razem na oświetlony korytarz.
Marcowe roty443 wietrznych zawadiaków przewalały się nad zamkiem. Brzęczały żałośnie szyby okien od gęstych plag szarugi.