Ordynat zaśmiał się.

— Chciał mnie pan nazwać młodzikiem? Proszę — najlepiej szczerze! Wcale mnie to nie obraża, osobiście nie poczuwam się do tego pod żadnym względem. Mam pojęcia niechłopięce, a że wzbudzam ufność, to dowodzi, że mnie wybrano na prezesa i że przedtem zdołałem skłonić nasze koła do organizacji Towarzystwa.

Hrabia wzburzył się.

— Powtarzam, że apostołami nowych idei powinni być ludzie starsi — mówił rozgorączkowany.

— Skoro jednak ich nie ma... — rzekł śmiało Waldemar.

— Jak to? Jak to nie ma? Voila!...

— Proszę mi ich wskazać.

Hrabia długim kościstym palcem uderzył się w piersi, oczy mu gorzały.

— Jestem ja, jest Giersztorf, Barski, jest wreszcie dziadek pański, jest hrabia Ćwilecki, tu obecny...

— Za pozwoleniem — rzekł spokojnie ordynat. — Mój dziadek jest zbyt wiekowy i dawno usunął się z areny społecznej. Książę Giersztorf nie należy do naszego okręgu. Szkoda, jego działalność wiele by mogła znaczyć — to szczery patriota. Barski również nie z naszych kół, przy tym jego idee paczą umysły. On poza purpurą swego rodu i berłem arystokracji nie widzi nic więcej. Pozostają panowie tu obecni. Pan Ćwilecki czynnego udziału brać nie chce — proponowałem — a hrabia...