Nie zamarły. Zaczęły rozmiękczać skostniałe grudy, wirować w żyłach ziemi. Pokorne już, poddane, pomagały słońcu w robocie.
Wieczory nastały ciepłe. Spadły obfite rosy.
I namiętność buchnęła z ziemi, dreszcze ją przeniknęły. Z potężnych płuc ziały rozkosznie białe opary.
Skłębione słupy mgieł tłoczyły się z piersi rozgrzanej gleby. Wieczorem, w nocy, aż do wschodu słońca kurzyło na polach. Opary przewalały się na łąkach, omotując lasy bałwanami sinawej piany. Delikatne włókna pełzały nisko na bagienkach, przy księżycu lśniły jak sproszkowane srebro.
— Ziemia dymi! — woła przyroda.
— Ziemia dymi! — krzyczą ptaki.
— Ziemia poczęła wiosnę!
— Chwała jej i cześć!
Wrzask radości zabrzmiał w przestworach świata.
Wichry, jak dzikie ptaszyska, przycichły, zmęczone hulanką.