— Jedyna moja, malutka! Jakaś ty urocza, cudzie mój!...
I zadrżą mu jego pyszne usta, poruszą się nozdrza i cała twarz męska, szczupła nabierze znanego Stefci wyrazu słodyczy, którą tylko ona wywołać potrafi w tych energicznych rysach. W szarych źrenicach błyśnie mu tryumf i duma, rzut gorącej krwi ożywi jego smagławą cerę. On ją zdobył, on ją będzie miał.
Stefcia, uśmiechnięta, otworzyła oczy i szepnęła cichutko:
— Za dziesięć dni już! już! Czego się boję?... Tyle szczęścia!...
Weszła pani Rudecka. Krzyknęła lekko na widok córki. Chwilę stała zapatrzona i wyciągając do niej ręce, zawołała:
— Jakaś ty śliczna, Stefciu!
— Czy i on to samo powie, mamo? i Waldy?...
— Śliczna jesteś, twój Waldy zachwyci się tobą na nowo.
Ukazał się pan Rudecki z listem w ręku.
— Stefciu?... Aa!...